Kiedy niemożliwe staje się możliwe… Czyli stopem na Gran Canarię :) cz. 2

Katalonia.

Katalonia przywitała mnie przepiękną, letnią pogodą. Nie mogłem uwierzyć, że jest koniec września. Gdy wyskoczyłem z samochodu Mateusza, uderzyła mnie pierwsza fala gorąca. 

We Francji nie było tak ciepło. To była stacja benzynowa i parking ciężarówek za razem. Pierwsza rzecz jaką zrobiłem, to krótki posiłek. Potem przechadzałem się po parkingu w poszukiwaniu polskich rejestracji. Bezskutecznie. Stanąłem na wylocie z owej stacji i czekałem… Nie wiem jak długo trwało nim zrozumiałem, że lepiej będzie jeśli poszukam innego miejsca. Koniec końców, Barcelona była dosłownie w zasięgu wzroku. Wystarczyło przejść przez te góry na horyzoncie. Przecież nie mogą być daleko. Po krótkim namyśle uznałem, że to dobre rozwiązanie. Szedłem więc brzegiem autostrady kierując się oznaczeniami. Dotarłem do wiaduktu, z którego droga miała prowadzić prosto do stolicy Katalonii.

Czekała mnie pierwsza z tych długich pieszych wędrówek. A myślałem, że w Perpignan było ciężko. Gdyby nie ludzie, którzy witali się ze mną widząc mnie po raz pierwszy, czułbym się przygnębiony. Mimo trudności, z uśmiechem szedłem dalej nie pytając nikogo o drogę.

 Było mi gorąco, a na mapie wyrysowana była rzeka. Ucieszyłem się. Pomyślałem: 4 km to nie tak strasznie dużo, chociaż trochę się ochłodzę. I faktycznie, rzeka była. Z tym, że wyschnięta. Pora letnia, rozumiecie? To były przedmieścia Badalony – miasta, która leży przyciśnięte do Barcelony. Zrobiło na mnie wrażenie, bo było bardzo czyste. Żadnych papierów na ulicy czy chodniku. Wszystko w najlepszym porządku. A zamiast wróbli latały papugi. Kolejna interesująca odmiana. Znalazłem jakiś supermarket i zaopatrzyłem się tam w zapas picia, jedzenia i owoców. Gotówka rozpływała się zadziwiająco szybko, musiałem zacząć uważać na koszta. Zbliżał się zmrok, a Barcelony nadal nie ma. Uznałem więc, że przed północą chcę dotrzeć chociaż do basenu Morza Śródziemnego. Udało mi się dotrzeć do rzeki. Tym razem niewyschniętej. Prowadziła prosto w stronę wybrzeża. Wcześniej zatrzymałem się na stacji benzynowej w centrum miasta, by podładować telefon. Miło jest tak sobie podejść, podłączyć się do kontaktu i nikt nie chce za to kasy :)  

Uszczęśliwiony rozwiązaniem problemu z baterią ruszyłem pięknymi uliczkami miasta w stronę promenady. Żałowałem trochę, że zepsułem swoją ładowarkę na korbę, ale improwizacja też jest fajna. Tylko, że dwa tygodnie później, będąc na Gran Canarii, byłem dosłownie odcięty od świata i improwizować się nie dało, bo nie było gdzie.

Może Śródziemne przywitało mnie dosłownie kilka minut przed północą. Było ciemno strasznie, a woda zimna.  Widziałem z daleka ten nieprzenikniony mrok morza, i czułem chłodną morską bryzę. Metalowe barierki promenady były wilgotne od powietrza, tak jakby padał przed momentem deszcz. Serca waliło mi coraz mocniej. Pewnie bym biegł gdyby nie te 15 kg na plecach. Pomyślałem, że mógłbym się wykąpać, ale noc była zbyt chłodna. Zamoczyłem tylko nogi i usiadłem na ławce pod piękną palmą. Urocza promenada ciągnęła się bez końca wzdłuż brzegu plaży. Zdrzemnąłem się chwilę na ławce, po czym postanowiłem ruszyć w dalszą drogę.  

Piątek, 26 września 2013  

Po 5 może 6 kilometrach dotarłem do Barcelony, tej właściwej. Usiadłem w parku na krótki odpoczynek. Delektowałem się tą chwilą. Zamierzałem resztę nocy spędzić na plaży. Szczerze mówiąc, zakochałem się w tym mieście od pierwszego wejrzenia. Barcelona jest dla mnie miastem pełnym miłych niespodzianek. Czymś niespotykanym. Z przyjemnością do niej wrócę. Właśnie przez Barcelonę zacząłem czytać Zafona, którego akcje powieści maja miejsce właśnie w tym niezwykłym, magicznym mieście. Wszystko było urocze, poza nocą na plaży. Nie tą pierwszą, lecz drugą. Jakieś pół godziny po tym, jak rozłożyłem na plaży, swój koc. Przywitał mnie cudowny wschód Słońca. 

Wybaczcie, że zarzucam wpis fotkami. Nie mogę po prostu nie podzielić się z Wami tym, co widziałem. Wiecie, 2 i pół tys km od domu, zupełnie sam, a dzięki tym widokom, czułem się szczęśliwy. To było uczucie porównywalne do tego, gdy patrzy się w oczy ukochanej kobiety. Widzi się jej uśmiech, a spojrzenie jej sprawia, że można by się unieść i latać wśród chmur.

Niestety Barcelona nie całuje i Barcelona nie robi śniadania. Barcelony nie odwiedza się jak kochanki, lecz dobrą znajomą, z którą można porozmawiać, wypić kawę lub herbatę. Trochę pożartować, ale na nic więcej się nie zgodzi. Ewentualnie poflirtuje. Zwłaszcza na plaży Mar Bella, gdy jest piękna pogoda, a kobiety kładą się obok Ciebie i bez cienia zażenowania zdejmują letnie sukienki odsłaniając swe wdzięki.

Parę godzin po wschodzie słońca udałem się do miasta w poszukiwaniu supermarketu. Po co? Pytacie, skoro dzień wcześniej robiłem zakupy? Chociażby po to, by w owym supermarkecie zostawić bagaże w szafce do tego przeznaczonej. U nas takich pełno w wielkich hipermarketach. W Hiszpanii też, z tym że głownie to pudełka 30×30 cm… Wyszło na to, że przeszedłem się tylko, by porobić parę fotek i rozczarowany wróciłem na plażę. Ale to, co tam zobaczyłem sprawiło, iż zostałem jeden dzień dłużej niż początkowo planowałem.

Mnóstwo ludzi przyszło na plażę. Co w tak niesamowitą pogodę było wręcz obowiązkiem. Wszedzie czuć było charakterystyczny zapach palonej marihuany. Dosłownie wypełniał atmosferę. Z kolei zastanawiałem się, czy Hiszpanki są tak urocze, jak mi się wydawało, czy może zawiodę się na nich, jak w przypadku damskiej wersji Perpignan? Nic z tych rzeczy! To co zobaczyłem potem, było niczym sen dla samotnego turysty. Szedłem drewnianą ścieżką w stronę miejsca, w którym witałem wschód słońca. Przypadek chciał, że zszedłem na plażę o wiele za wcześnie niż powinienem. Wzruszyłem ramionami, ściągnąłem buty, podwinąłem spodnie i szedłem przed siebie. Zobaczyłem jakieś 50 metrów przed sobą kobietę (Jedną z dziesiątek kobiet).

Nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie to, że wydawało mi się, iż nie ma na sobie ubrania. Siedziała oparta na nadgarstkach frontem zwrócona w moją stronę. Początkowo sądziłem, że wzrok płata mi figla, ale gdy podszedłem bliżej pomyślałem: „Ja pier…lę, cycki!” Śmiejcie się, ale uwierzcie, że byłem w szoku. Zorientowałem się, że znalazłem się na słynnej plaży nudystów w Barcelonie! Faktem jest, że poza młodymi pięknymi kobiecymi – co najważniejsze – nagimi ciałami, były też starsze kobiety i oczywiście sporo mężczyzn. Akurat w mojej „okolicy” mężczyzn było dosłownie kilku. Jedno jest pewne – spośród nich, to ja byłem najszczęśliwszy! Pomyślałem, że rozłożę swój materac. Gdy pompowałem go pompką (dość hałaśliwą, strasznie piszczy) jakieś 3 metry po mojej lewej stronie rozkładała swoje rzeczy śliczna, szczupła brunetka o brązowych oczach. Jej proste, czarne włosy opadały na ramiona i nieśmiało osłoniły nagi biust. Odgarnęła je machnięciem ręki i położyła się wygodnie na rozłożonym kocu. Nie krępowała się moją obecnością i tym wzrokiem dosłownie wbitym w jej piersi. hehe No co? „This is nature! You should’t be shy!” cytując mojego przyjaciela, Miguela Quintero. Poznałem go później, po wylądowaniu w Las Palmas, dlatego nie wiedziałem, iż nie powinienem się wstydzić reakcji swego organizmu :P Leżałem na brzuchu dobre pół godziny, gdy po paru minutach dołączyła do niej znacznie hojniej obdarzona koleżanka:P Po tym, jak emocje w miarę opadły postanowiłem dopasować się do otoczenia i jakim Bóg mnie stworzył, wskoczyłem do morza. Woda była przecudowna. Trochę słona, ale cieplutka.

No i z bliska mogłem patrzeć na te kobiece wdzięki. Spotkałem się z niejednym uśmiechem i to mnie strasznie zawstydzało. Ależ żałowałem, że nie znam hiszpańskiego! Choć język w Katalonii nieco się różni od tego, którego uczycie się w szkołach czy na kursach to pewnie i tak jakoś można by się dogadać. Katalonia to jest w zasadzie oddzielny kraj. Wszystko jest tam droższe niż w pozostałych szczęściach Hiszpanii. Począwszy od większych podatków na paliwie kończąc. Dziwne. Może to z zawiści?:P hehe

Tak więc Barcelona przywitała mnie najlepiej jak mogła. Dzień minął cudownie. Wieczorem pochodziłem trochę wzdłuż promenady i wróciłem na plażę po zmroku, w poszukiwaniu miejsca spoczynku. Czułem się trochę nieswojo, bo kręcili się tam dziwni ludzie. Np koleś, który za mną łaził. Jakiś Marokańczyk, albo ktoś o podobnym pochodzeniu. A może Hindus? Nie wiem, było ciemno. Facet elegancko ubrany, spodnie w kat, białą koszula, pewnie buty też biurowe. hehe Usiadłem na skale by odpocząć. Facet stał jakieś 10 metrów dalej i gapił się na mnie. Więc odszedłem i usiadłem dalej. Chwilę potem gość, znowu przychodzi, stoi w tej samej odległości i się gapi. Zastanawiałem się czego chce. Pewnie czegoś, o czym nie chce myśleć. Podszedł do mnie inny gość i zaczął gadać zagadywać po hiszpańsku. Myślałem, że poczęstuje mnie buchem, bo widziałem jak coś kombinował wcześniej.

- Vacationes? – zapytał w pewnym momencie.

- Si – odparłem.

- Z Polonia.

- Aaaa.

I poszedł. A tamten dziwak nadal stał i się gapił. Pogrzebałem w plecaku i wydostałem nóż, który woziłem ze sobą. Tak na wszelki wypadek, pomyślałem i schowałem do rękawa kurtki. Przeszedłem się w pobliże miejsca, w którym spędziłem tak cudowny dzień. Zauważyłem, że na środku plaży, w takim płytkim dołku z piasku kocha się jakaś para :D Zabawne było to, że 5 osób wokół nich, w stosownej odległości, w tym i ja tworzyło pięciokąt :) Tak, jakby to był jakiś rytuał :P Koleś w białej koszuli zniknął mi z oczu ale znów się pojawił, gdy odszedłem od swoich bagaży. Kamień spadł mi z serca, bo zrozumiałem, że interesuje go moja torba, która noszę na plecach. Hehe

Zanim mogłem się wreszcie przespać, musiałem naładować telefon. Tylko gdzie? W pobliżu żadnej stacji benzynowej nie było. Barcelona jest na tyle otwartym miastem, że na plażach stoją takie mini bary, sklepiki itp, których pozamykane są jedynie pomieszczenia z żywnością. Tarasy z krzesłami i stolikami są w zasadzie odsłonięte. Stoją na podeście, a dach nad nimi jest wsparty grubymi drewnianymi słupami. Bar, który sobie upatrzyłem, był otoczony wielkimi donicami z małymi palmami. Na jednym ze słupów znalazłem gniazdko i podłączyłem ładowarkę, a tel wsadziłem do tej wielkiej donicy. Żeby nie wzbudzać podejrzeń usiadłem na ławce kilkanaście metrów dalej, tak, by mieć oko na telefon. Wszystko było dobrze, dopóki nie przyszedł koleś, który przyszedł podlewać te kwiatki. Taki Murzynek w szarej bluzie i białych, krótkich spodenkach, dość szczupły, ale wysoki. Trochę się krzątał po tym tarasie i zaczął podlewanie od przeciwnej strony. Moja donica była ostatnią. Gdy zaczął się tam zbliżać i nabrałem pewności, że zamoczy mój tel, a wody nie oszczędzał trzymając długi wąż, uznałem, że lepiej będzie się ujawnić.

Byłem ubrany na czarno i może dlatego się przestraszył. Podszedłem do niego i powiedziałem: – Sorry, do you speak english? A jego reakcja wyglądała tak: zacisnął palec tam gdzie wylatywała woda i skierował strumień na mnie, jakby chciał odpędzić złego ducha :D

- Sorry – mówiłem. – I just want to charge my phone.

- No english – powtarzał. – No english.

Patrzył na mnie tymi swymi białymi przestraszonymi oczami. Powiedziałem i pokazałem gestami jak najprościej, że to jest moje i ja to zabieram.

- No english, no english – powtarzał i kręcił głową odsuwając się ode mnie.  

Później rozglądałem się za innym miejscem i spotkałem pewnego dilera. Nie umiem go opisać dokładnie. Było ciemno, a w tamtej części plaży nie ma latarni. Wiem jedynie, że miał czarną bluzkę i śmiesznie mówił. Podszedł i zagadał po hiszpańsku, a ja na to:

- No comprendes espaniol.

- English? – zapytał.

- English! Yes.

- Where are u from?

- Poland, Polonia.

- Aaaaa, polish! polish! ku*wa, spi***alaj!

- Tak, dokładnie, tzn yes yes.

- Polish -mówi do mnie. – I have very good offer for you. Marihuana, cocaine, heroine. Very cheap for polish.

- How much for marihuana?

- 20 euro for 5 grams only for polish. Polish are the best.

- Maby tomorrow, i must think about it.

- Gracias, amigo!

Podaliśmy sobie ręce i rozstaliśmy się w miłej atmosferze. Noc pełna wrażeń. 

Sobota, 27 września.  

Dzień był kiepski, raczej nudny. Rozochocony widokami z dnia poprzedniego pogoda mnie mocno rozczarowała. Było wietrznie, ale za to mogłem pooglądać pokazy puszczania gigantycznych latawców. Niektóry wyglądały dosłownie jak skrzydła nietoperza. Postanowiłem, że to będzie mój ostatni dzień w Barcelonie. Ale jak to zwykle z postanowieniami bywa, zostałem nieco dłużej. Nie mogę narzekać, bo chodząc wieczorem po mieście znalazłem szkółkę FC Barcelony i poobserwowałem przez płot poczynania młodzieży katalońskiego klubu. Szczęśliwie też trafiłem na koncert jakiejś kapeli w parku i zajadając bagietkę z pasztetem, słuchałem muzyki.

Niedziela, 28 września.

Kolejnego dnia trochę łaziłem po mieście, a po południu postanowiłem wybrać się do Twierdzy Montjusic. Większość ludzi nazywa to „zamkiem” ale szczerze mówiąc nie wygląda w ten sposób. Wiedziałem, że góruje nad miastem, ale nie sądziłem, że będzie tak ciężko się tam dostać. Pstrykałem różne fotki, które w świetle późno popołudniowego słońca wychodziły znakomicie. Chciałem koniecznie dotrzeć na to wzgórze przed zachodem słońca. I z trudem, bo nie wiedziałem, którędy mam tam wejść. Zapytałem nawet pewnego faceta, a on odparł:

- Sorry i’m just a tourist!

- Me too – odparłem.

Podziękowałem i znów musiałem improwizować. Jakimś cudem trafiłem na właściwą ścieżkę, a potem schody prowadzące na górę. Nie było łatwo, pamiętajcie, że miałem ciężkie bagaże, które wszędzie nosiłem ze sobą. Spocony i zmęczony, ale i szczęśliwy napawałem się po paru minutach widokiem panoramy Barcelony. Spotkałem fajną Chinkę, która nie chciała bym zrobił jej zdjęcie. Pewnie bała się, że ukradę jej aparat. Szczerze mówiąc, dopiero czytając Zafona jakieś dwa miesiące później dowiedziałem się gdzie byłem. Dawna twierdza, przekształcona w więzienie po wojnie domowej w Katalonii, a teraz jest jedną z głównych atrakcji turystycznych miasta. Zaraz po Fontannie Młodości po przeciwnej stronie i oczywiście Camp Nou. Planowałem zajrzeć na stadion, ale czas mnie naglił, i tym razem nie wyszło. Mimo to nie omieszkałem stanąć u bram :)

Zachód słońca nad Barceloną, był przepiękny. Zobaczcie sami.

Chciałbym zachęcić Was do przyjazdu do tego miasta. Paryż nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak Barcelona, choć także jest niezwykły. Ale oryginalność i prawdziwą magię znajdziecie jedynie w stolicy Katalonii. Cóż, mnie urzekła i to bardzo. Uwiodła, mógłbym powiedzieć. Swą ostatnią noc spędziłem na pieszej wędrówce ulicami miasta. Następnie kierunek – Lleida. Ale przedtem trzeba było zahaczyć o stadion „Dumy Katalonii”. Po drodze doszedłem do wniosku, że jeśli ktoś szuka wrażeń u kobiet w Barcelonie, to wystarczy, że przejdzie się wieczorem przez centrum miasta. „Strażniczki” rogów czy skrzyżowań ulic, rosną jak grzyby po deszczu. 

Droga na stadion był długa i męcząca, ale w życiu ważne są zasady i postanowienia. Zresztą i tak musiałem dokądś pójść, a jedynym sensownym pomysłem było to. Barcelona pożegnała mnie noclegiem w parku.  

Poniedziałek, 29 września.

Rano umyłem zęby przy pompie wodnej, chlusnąłem wodą w twarz i ruszyłem w drogę. Muszę przyznać, że Barcelona nie chciała bym odszedł. Droga się dłużyła niesamowicie. W zasadzie w nieskończoność. Przeszedłem autostradą może z 10 km. Zgubiłem śpiwór, bo jakiś koleś zatrzymał się, by mnie podrzucić, jak zobaczył stojącego turystę na wiadukcie. Kazał szybko się zabierać, bo nie wolno mu było tam stawać (Ja go nie zatrzymywałem) i przez to zapomniałem o śpiworze. Wysadził mnie kilkanaście km dalej.

Potem długa wędrówka w poszukiwaniu stacji benzynowej i wody… Skończyło mi się picie. Jeszcze w Barcelonie wiedziałem, że będzie za mało, a mam to do siebie, że nie lubię się wracać. Kretynizm. Jeszcze na dodatek zatrzymała się hiszpańska policja i kazali zejść z autostrady gdy szedłem poboczem. Ratowałem się suchymi jeżynami i w zasadzie tym, co znalazłem przy drodze. Jakieś butelki z gorącą od słońca colą czy ciepłą wodą. Istny koszmar. Ponad 30 stopni w cieniu i do tego okropne pragnienie. Czarny asfalt i ja, nie widzący dokąd pójść. Padła mi bateria, straciłem swoją mapę. Musiałem liczyć na cud. To był jeden z najtrudniejszych momentów całej podróży. Nikomu nie polecam takich wrażeń.

Zacząłem opuszczać Barceloną koło 8 nad ranem, a pierwszą stację benzynową znalazłem dopiero przed 16… Zabrał mnie stamtąd Angeleto, kucharz z Barcelony, którego hobby jest wspinaczka górska. Młody, zabawny człowiek, uśmiechał się cały czas. Przejażdżka minęła w pozytywnej atmosferze. Gdy przejeżdżaliśmy obok największej góry w Katalonii i opowiadał o tym, jak lubi się tam wspinać. Patrząc na te zaokrąglone pagórki, nie mogłem uwierzyć, że to w ogóle możliwe. Wysadził mnie w miasteczku Iqualala i pokazał dobrą miejscówkę. Powiedział, że sam często jeździ stopem i własnie w tym miejscu staje. Faktycznie, miejsce było świetne.

Po paru minutach  z wyciągniętym kciukiem, uznałem, że lepiej będzie napisać kartkę. Więc tak sobie usiadłem i już kończyłem pracować markerem, gdy zatrzymał się samochód a w nim czterech młodych Hiszpanów, jakieś 18-19 lat. Pytali coś po hiszpańsku: – No comprendes – odparłem jak zwykle. – Where do you want to go? – zapytał Mark, jeden z nich. Chyba jako jedyny z całej czwórki porozumiewał się po angielsku. Pokazałem mu właśnie ukończoną tabliczkę z napisem „Lleida”. Powitali ten gest gromkim śmiechem. Mark pomógł zapakować mi rzeczy do bagażnika. Okazało się, że zmierzają na jakiś festyn do Lleidy. Sympatyczni młodzi ludzie. Rozmawialiśmy o kobietach, o radarach, o różnych rzeczach. Byli pod wrażeniem mojego pomysłu. A Mark robił za tłumacza. Przekładał kolegom na hiszpański to, co ja mówiłem, a na angielski ich odpowiedzi. Świetni ludzie.

Wysadzili mnie pod stacja kolejową, skąd później przedostałem się pociągiem do Madrytu. Wybrałem pociąg nie dlatego, że byłem zmęczony, ale sądziłem, że mam tylko jeden dzień do odlotu, odliczając od tego noc. Plątałem się po tym sympatycznym dla mnie miasteczku i znalazłem przez przypadek świątynię, o której opowiadał mi potem Diego, kierowca który pomógł mi wydostać się spod Madrytu po 10 godzinach spędzonych na stacji benzynowej. Noc przeczekałem pod stacją Lleidy. Rankiem podładowałem jeszcze telefon, tuż przed wyjazdem.

Pożegnałem się z Katalonią po to, by potem błądzić w Madryckim metrze, jeździć na gapę, a następnie przejść kilkanaście kilometrów na lotnisko. Dodam, że na lotnisku przeczekałem 36 godzin, bo przybyłem o jeden dzień za wcześnie. To były długie godziny a kończyło mi się jedzenie, które kupiłem dopiero w Lidlu w Las Palmas. Do zobaczenia w części 3 zatytułowanej „Gran Canaria”. Poniżej galeria zdjęć: