Kiedy niemożliwe staje się możliwe – czyli stopem na Gran Canarię cz. 4

Gran Canaria II

Tuż po zachodzie słońca udałem się szczęśliwy w swoje stałe miejsce spoczynku. Nawet nie przeszkadzało mi to, że myszy ganiają po moich torbach. Ubrałem się w to, co miałem i rozłożyłem nienapompowany materac, by nie siedzieć na gołej ziemi. Gdy zapadł zmrok, coś zaczęło poruszać się nad moją głową. Sięgnąłem po nóż a z góry zeskoczył kot, którego pogoniłem kilka nocy wcześniej. Miałem stracha, muszę przyznać. Wolałbym, by nic mi na głowę nie skakało wśród skał, ciszy i ciemności.

Wymieniłem kilka smsów ze swoją dawną miłością i z uśmiechem położyłem się spać. Następnego dnia, zatrzymałem się przy „Puerto Rico Beach Cafe”, by skorzystać z Wi-fi. Zapamiętałem hasło, podane mi przez kelnera, gdy podczas powrotu do Maspalomas, wstąpiłem tam na szklankę coli (naładowanie telefonu). Rankiem przypomniałem sobie, że nie mam karty pokładowej, a bez niej nie będę mógł opuścić wyspy. Poprosiłem o pomoc Anię, znajomą, która poczęstowała mnie w sierpniu najlepszą kawą jaką piłem. Pomogła mi bardzo. Wysłała na maila kartę do wydrukowania. Skontaktowałem się z Miguelem i poprosiłem, by mi ją wydrukował jeśli da radę. Oczywiście zgodził się. Umówiliśmy się na poniedziałek. Uznałem, że do tej pory Gui-Gui, którą mi polecił, będę miał za sobą.

Pół kilometra za Playa del Cura łapałem stopa do Mogan. Nie czekałem długo. Zatrzymał się Włoch, Paolo. Zapytał tylko:

- Mogan? – po czym kiwną głową, gdy potwierdziłem.

Był cicho cały czas. Pomyślałem, że nie zna angielskiego, dlatego się nie odzywa, więc i ja nie nawiązywałem rozmowy. To dzięki niemu dostałem się tam, gdzie planowałem. Jechaliśmy tak wąskimi uliczkami, że dwa samochody nie mogły się zmieścić. Na szczęście ruch był niewielki. Pożegnaliśmy się za granicą Mogan, gdzie na przystanku stałem jakieś pół godziny. Muszę przyznać, że dolina była urocza. Zbocza gór porośnięte kaktusami i krzewami nieznanej mi rośliny, a także plantacjami pomidorów i innych warzyw lub owoców. Pewien rowerzysta, który powitał mnie z uśmiechem, powiedział, że chętnie by mnie podwiózł, ale ma za mało miejsca w swoim wozie. Dowcipniś.

Tak więc czekałem i czekałem, aż zobaczyłem pewną kobietę, w okularach. Miała na sobie błękitną bluzkę na ramiączkach i beżowe spodenki. Helen przejechała obok mnie. Wzruszyłem tylko ramionami i dalej stałem z wyciągniętym kciukiem. W pewnym momencie zobaczyłem, jak auto kierowane przez tę miłą Holenderkę zawraca po mnie. Wymieniliśmy uprzejmości i okazało się, że ona jedzie dokładnie w to samo miejsce, do którego zmierzam ja. Giu-Gui – głosił napis na mej kartce. Podczas podróży w tamtą stronę, robiłem trochę zdjęć, podniecony widokiem wysokich wzgórz. Nie wiedząc, jakie widoki czekają mnie potem.

Helen obsypywała komplementami mój angielski, mówiąc, że niewielu obcokrajowców tak dobrze porozumiewa się w tym języku, zwłaszcza, że to mój pierwszy raz za granicą. Powiedziałem, że dwa tygodnie praktyki bardzo mi pomogły w nauce.

Opowiadała o tym, jak w Holandii jest ponura, nudna, dołująca pogoda i dlatego postanowiła odwiedzić Gran Canarię. To dzięki niej odkryłem w sobie nowe hobby – hiking. Tak nazywała piesze wędrówki szlakami po górach. Nie wiem, czy u nas jest jakiś odpowiednik tego określenia. Dlatego powtarzam to, co usłyszałem. Helen mówiła, że spacer szlakiem od drogi, do plaży nie powinien zająć dłużej niż dwie i pół godziny. Owszem, pewnie miała rację, tyle, że niewielu ludzi nosiło ze sobą cały swój dobytek przez tę czterokilometrową ścieżkę. Rozstaliśmy się w Tasartico. Stwierdziła, że musi coś zjeść, napić się i odpocząć. Podziękowałem za przejażdżkę i ruszyłem we wskazanym przez nią kierunku.

Gdy dotarłem do początku szlaku i spojrzałem w kierunku, w którym prowadzi, nie widziałem szczytu gór, bo były skryte w chmurach. Dosłownie. Szlak na Gui-Gui to cztery kilometry ścieżką. Z czego dwa i pół w górę i potem jeden i pół w dół. Średnie nachylenie wynosi 65%, a w najtrudniejszym miejscu 78%. Cztery kilometry w dwie i pół godz to i tak sporo, prawda? Zwłaszcza bez bagaży. Wyobraźcie sobie miny ludzi, których spotykałem po drodze. Nie mogli się nadziwić temu, że taszczę ze sobą piętnaście kilogramów.

Pod górę ledwo szedłem. Przypominam, że bolały mnie stopy, miałem okropne odciski. Pot lał się ze mnie mimo, iż szlak w wyższych partiach uraczył mnie chłodem. Pod górę było ciężko, ale w dół zbiegałem, gdy miejscami ścieżka nie była zbyt kręta.

Na zdjęciu po prawej widok, na dolinę, w której rozpoczyna się szlak. Te białe plamy, to szklarnie, w których przechowuje się pomidory. Zdjęcie wykonane w połowie drogi.

Do szczytu coraz bliżej. Oddychałem ciężko, licząc po cichu, że dogoni mnie Helen i jej obecność choć trochę mnie zmotywuje. Niestety nie spotkałem jej na szczycie. Ani w połowie. Dopiero, gdy widziałem ocean, siedząc na półce skalnej, gdzie jadłem swój „obiad” zobaczyłem, jak idzie ścieżką. W przeciwieństwie do mnie, wiedziała, którędy zejść na plażę. Ja trochę się pogubiłem.

Zastanawiałem się chwilę, czy nie wejść do ruin domu stojącego nad brzegiem klifu, ale byłem zbyt zmęczony i postanowiłem zrelaksować się w wodach oceanu.

Plaża Gui-Gui podzielona jest na część południową i północną. Przy wyższym poziomie wody lub podczas przypływu niemal niemożliwe jest przejście z jednej na drugą. Gui-Gui otoczona jest klifami o wysokości 300 m, co świadczy o jej unikalności. Można tam dotrzeć na dwa sposoby. Szlakiem górskim, którym ja przyszedłem, lub łodzią z najbliższego portu, w Tasartico.

W prawdzie w opisach na stronach internetowych biur podróży można napotkać informacje o tym, że obie plaże są piaszczyste, to ja się z tym nie do końca zgadzam. Jak widać na zdjęciu po lewej, piasku nie jest dużo, prawda? ;) Radziłbym sprostować pewne informacje, ponieważ kamienie zajmują jakieś 35% powierzchni plaży. Gui-Gui jest niezwykła, wyjątkowa. Mimo iż czułem się tam okropnie samotny, to nie mogłem jej nie podziwiać. Nocą można z niej dostrzec światła Teneryfy. Wydawać by się mogło, że wyspa ta jest w zasięgu ręki. Nawet zastanawiałem się, czy nie popłynąć tam materacem. Cóż, może innym razem.

Cóż, gdy dotarłem na plażę zdołałem zrobić jedynie kilka zdjęć, bo padła mi bateria. Było sobotnie popołudnie. Wiedziałem, że tylko w Tasartico naładuję telefon, ale nie miałem siły wracać. Uznałem, że na niedzielę też zostaję na plaży. Prędzej czy później zawrócić. Tym samym, ciężkim szlakiem. Był też inny, dłuższy, o którym część turystów nie słyszała. Prowadzi on z dzielnicy Cuermeja, w północnej części miasta La Aldea de San Nicolas. Nie wiem jak jest długi i jak trudny, ale wiem, że istnieje.

Wyżej, rzut okiem na Gui-Gui z miejsca, w którym stoją ruiny domu – strażnika plaży. Zdjęcie dostępne dzięki uprzejmości wujka Google.

Rzuciłem bagaże na piasku, tuż przy kamienistej połowie plaży. Rozebrałem się, napompowałem materac. Spotkałem Helen i pochwaliłem się jej swoją łodzią. Przepłynąłem się parę razy. Pożegnałem ze Znajoma z Holandii posiedziała chwilę na piasku, popluskała się w wodzie i postanowiła wracać. Tak, jakby chciała odhaczyć jakiś punkt i wracać. Dla mnie wycieczka jest wartościowa wtedy gdy pobyt w danym miejscy jest dłuższy niż czas na przebycie drogi.

Zacząłem odczuwać pierwsze oznaki głodu. By nie zaprzątać sobie tym głowy, postanowiłem jeszcze trochę popływać. Płynąłem wzdłuż plaży na północ. Przepłynąłem może z kilometr. Trwało to jakieś dwie godziny, sądząc po tym, jak zachowywało się słońce. Gdy fale zaczęły przybierać na sile i osiągać niepokojącą wysokość, postanowiłem zawrócić. Dotarłem do południowego krańca północnej części i zauważyłem coś niepokojącego. Most utworzony z porozrzucanych kamieni, zniknął. Przypływ. A ja zostawiłem swoje bagaże na piasku. Kurwa. Machałem rękami co sił, trzymając w dłoniach swe klapki, które robiły za wiosła. Przeszkadzał mi wiatr i fale, dlatego zdecydowałem się zejść na brzeg i podjąć ryzyko skręcenia kostki i przejść w wodzie po pas stąpając po dnie usianym kamieniami wielkości piłki do koszykówki. Biegłbym, gdyby nie te cholerne kamienie. Już wyobrażałem sobie, jak czekam aż ocean odda mi mokre rzeczy, albo pływam na materacu i wyławiam je z wody lub wracam do Tasartico praktycznie nagi. Dobrze, że miałem ze sobą dokumenty schowane w pojemniku na żarcie. Byłem zły i przerażony jednocześnie. Gdy dotarłem do miejsca, w którym zostawiłem bagaże myślałem, że rozpłaczę się ze śmiechu. Nie wiem jak to możliwe, ale na niewielkim obszarze, tym na którym zostawiłem bagaże było zupełnie sucho! Uwierzcie lub nie, ale to był jedyny taki suchy skrawek! Jego fragment można dostrzec po lewej stronie zdjęcia umieszczonego wyżej. Do tej pory nie mogę ogarnąć tego, jak to się stało, że akurat zostawiłem bagaże tam, gdzie trzeba. Jak mówi powiedzenie rodem z Zumy (gra, w której żaba rzyga kulkami, pewnie znacie) „Szczęście sprzyja tym, którzy nie biorą go pod uwagę w swych planach”.

Sobota zakończyła się budową ściany z kamieni, która miała mnie chronić przed wiatrem. Wieczorem prawie skończyło mi się jedzenie. Zostawiłem pół bagietki na niedzielę. Cóż, po godzinie nie wytrzymałem i zjadłem ją. W niedzielę zacząłem szukać jedzenia w rzeczach pozostawionych przez turystów. Nic. Chodziłem tam, gdzie król piechotą. Znalazłem w trzcinach ryż z parówkami, które wyglądały przynajmniej na zielonkawe. Nie miałem wyjścia. Odkrawałem nożem te zielone skórki a różowe kwadraciki, wrzucałem do metalowej miski, w której potem gotowałem je razem z ryżem. W słonej wodzie. Starałem się nie myśleć jak to wyglądało przed zjedzeniem, ani jak smakuje. Byłem zbyt głodny, by się tym przejmować. To była moja niedzielna kolacja i trochę poniedziałkowego śniadania. Przyznaję się do tego po raz pierwszy. Do tej pory postanowiłem zachować to wspomnienie dla siebie, ale uznałem, że powinienem być z Wami szczery. Musicie wiedzieć, że autostop i podróże, to nie tylko niesamowite przygody, piękne widoki, wspaniali ludzie czy wspomnienia. To nie tylko pokonywanie strachu, czy własnych słabości. To nie zawsze jest kolorowa bajka z happy endem. Pamiętajcie.

Poniedziałek. Cholerny poniedziałek. Kolejna wędrówka przez góry. Postanowiłem odpoczywać co 500 kroków. Nie udało się. Stawałem częściej. Za każdym razem piłem wodę, której zostało mi mniej niż w szklance. Powtarzałem sobie, że kolejnym razem tylko zwilżę usta. Na obietnicach się skończyło. Jakimś cudem dotarłem do szczytu.

Nagrodą pocieszenia była kulka winogronu, która leżała na ścieżce. Podniosłem ją, ścisnąłem językiem tak, by wydała jak najwięcej soku i połknąłem. Stwierdziłem, że należy mi się pół godzinny odpoczynek. Nie wiem o czym wtedy myślałem. Pewnie o Miguelu, z którym nie mam kontaktu. O jedzeniu, które mi się skończyło i wodzie, którą prawie wypiłem.

Kaktus. Nie pamiętałem, żebym poprzednim razem go widział. Pewnie nie zwróciłem uwagi. Zobaczyłem, że dokładnie w centralnym punkcie szlaku rośnie kaktus, a na końcach jego płatów z kolcami (Nie umiem nazwać normalnie tego zielonego, z czego wystają kolce jak rysunkach na opakowaniach soków) rosły takie czerwone, kolczaste jajka. Nie miałem zielonego pojęcia, czy to coś można jeść i czy nie zaszkodzi to memu żołądkowi. Nie pomyślałem wtedy, że moja ostatnia kolacja mogła być bardziej niebezpieczna. Zapomniałem wspomnieć, że nic mi po tym jedzeniu ryżu nie było. Zerwałem więc tę czerwoną kulkę. Paznokciem rozdarłem ją na pół i wziąłem troszkę ziarenek i miąższu na palec. Posmakowało mi. Jednak wolałem poczekać na reakcję żołądka. Papieru toaletowego nie miałem, a kaktusem się nie podetrę, prawda? hehe Szczęśliwie kaktus okazał się bardzo pomocny. Z jednym małym „ale”. Kolce. Każdy z tych owoców miał na sobie kępki małych igiełek, które potem wbijały mi się w język, usta, palce i policzki od wewnątrz. Nieprzyjemne uczucie, ale trochę stłumiło to mój głód i pragnienie. Miałem siłę, by zejść na dół.

Po szybkim dość spacerze w dół dotarłem do Tasartico. Pełen nadziei i oczekiwania na to, że w jakimś sklepie kupię żarcie, a w barze podładuję telefon dzięki uprzejmości właściciela. Takiego wała. Przeszedłem całe miasteczko wzdłuż, bo wszerz nie było dokąd pójść. Nie znalazłem baru, nie znalazłem sklepu. Byłem zdruzgotany. Postanowiłem więc pójść tą drogą, którą przyjechałem z Helen. Pomyślałem, że najwyżej pójdę do San Nicolas. Po przejściu kilometra za granicę miasta zobaczyłem znak na jednym z domostw. „Bar i sklep spożywczy znajdują się na terenie kempingu. 4 km”. Strzałka pokazywała przeciwny kierunek, z którego szedłem. Zdenerwowałem się na myśl, że muszę zawrócić, a dopiero co szedłem tamtędy. Zrezygnowany ruszyłem w drogę. Brałem przez chwilę pod uwagę San Nicolas, wiedząc, że jest o wiele dalej. Głupia zachcianka.

Mam wrażenie, że ta odległość była znacznie dłuższa niż 4 km. Nie wiem jak długo szedłem, ale byłem okropnie zmęczony. Gdy dotarłem na miejsce, całkiem urocze. Domki letniskowe, ładnie urządzone podwórka, bar z tarasem, a na tarasie natryski, z których skorzystałem by się ochłodzić. Rzecz w tym, że bar był zamknięty, a sklep nieczynny. Ani jedzenia, ani kontaktu ze światem. Uznałem, że to koniec. Usiadłem w cieniu pod murem i odkręciłem butelkę z końcówką wody. rozglądałem się i zobaczyłem, że za szlabanem, na jednym z murów oddzielających poszczególne posesje od siebie jest przyczepione coś na kształt gniazdka sieciowego. Wyciągnąłem ładowarkę i telefon. Podniosłem się z głośnym stęknięciem i ruszyłem w tamtym kierunku. Usłyszałem rozmowę dwojga ludzi za domem, który znajdował się zaraz przy wjeździe. To były najlepsze chwile tej podróży. Nie plaża nudystów, nie wycieczka z żandarmami, czy niesamowite widoki i wrażenia. Tylko spotkanie tego przemiłego małżeństwa…

Minąłem szlaban i szedłem w stronę gniazdka. Spojrzałem na prawo i zobaczyłem, jak patrzą na mnie więc podszedłem do nich. Siedzieli przy stole w cieniu drzewa. Kobieta przy kości, krótko ścięte blond włosy, twarz o miłym troskliwym spojrzeniu. Mężczyzna półnagi z mocno owłosionym torsem, dość niski, ale z równie przyjazna twarzą, co jego towarzyszka. Zapytałem czy mówią po angielsku, gdy mężczyzna wstał. Odparli kręcąc głową i mówiąc po hiszpański, że nie. Starałem się zapytać, kiedy będzie otwarty sklep i bar. dowiedziałem się, że nie wiadomo.

- Maniana – odparł mężczyzna wzruszając ramionami.

Po prawej dolina, w której leży Tasartico.

Wyciągnąłem z kieszeni spodenek ładowarkę i telefon i pytałem gestykulując, czy mogę to gdzieś podłączyć. Mężczyzna wziął ode mnie akcesoria, zwrócił się w kierunku małżonki i pytał o coś wskazując dom. Ona typowym gestem i wyrazem twarzy mówiącym „Nie, po co? podłącz tutaj na zewnątrz”. Bo za tym domem, który stał zaraz przy wjeździe na teren kempingu również było gniazdko. Facet włączył i działało. Podziękowałem i odetchnąłem z ulgą oparłszy się o płot. Przynajmniej jeden problem z głowy i w dodatku za darmo. Wtedy wiedziałem, że wydostanie się z Tasartico to tylko kwestia czasu. Zamknąłem oczy oparłem dłonie na klanach. Byłem zmęczony. Mężczyzna gdzieś zniknął, a kobieta przyglądała mi się z zainteresowaniem i uśmiechem. Miała w sobie coś wyjątkowego, ten jedyny i niepowtarzalny, naturalny typ urody. Po chwili jej małżonek wyszedł z domu i wiecie co? Przyniósł mi zimne piwo Tropical! Takie nie wielkie w 300 ml butelce, ale pyszne i zimne. Zapytał po hiszpańsku i uniwersalnym gestem wyciągając butelkę w moją stronę:

- Chcesz?

- och tak! – odparłem niemal ze łzami w oczach. – Gracias amigo.

Żona gospodarza szturchnęła go w ramię gdy siadał przy stole.

- Co? – mówiło jego zdziwienie.

Wstał po chwili i podstawił do stołu krzesło, a żona położyła talerz zapraszając mnie gestem do stołu. Już chciałem odmówić, ale uznałem, że to by było niegrzeczne. Poza tym nie marzyłem i niczym innym jak o dobrym jedzeniu. Ale nie sądziłem, że rzeczywistość przerośnie moje marzenie.

To był najlepszy i możliwe, że najbardziej obfity posiłek w moim życiu. Na wielkim talerzu leżały udka z grilla. Kobieta nałożyła mi dwa. Były wielkości butów rozmiaru 41 mniej więcej. Dla mnie ogromne. Do tego całe, duże kartofle. Mnóstwo sałatki, w której prócz sałaty, były pmidory, papryka, kawałki sera i Bóg wie czego jeszcze, ale była przepyszna. Śmiała się do męża (zauważyłem w pewnym momencie, że oboje mają obrączki) i namawiała mnie gestem:

- No jedz jedz.

Po jednym piwie, mężczyzna przyniósł mi kolejne. Poczęstowali mnie również hiszpańskim rumem, którego litrowa butelka stała na stole. Cholerstwo było mocne. Jadłem też dość ostre oliwki, przed czym ostrzegała mnie kobieta dając do zrozumienia gestem, że palą w gardło. Spojrzałem na mężczyznę i wzruszyłem ramionami. Nie było tak źle. Po zjedzonych dwóch udkach, facet oddał mi jeszcze swoje. A po wszystkim wyciągnął zapiekaną paprykę z grilla, w której był zwinięty ryż z kawałkami mięsa. Jeszcze ser, który był nieco twardszy od gotowanego na twardo jajka i bułka przypominająca pitę. Mniam. to było cudowne. Jadłem, piłem i słuchałem ich pięknej, hiszpańskiej mowy. Nie rozumiałem ani słowa. Gdy przerywałem jedzenie, kobieta za każdym razem namawiała mnie na więcej.

- I jak – zapytał mężczyzna?

- Mmmm – odparłem gładząc się po brzuchu.

Odchylił głowę do tyłu zanosząc się śmiechem i poklepał mnie po ramieniu. Potem zanieśliśmy brudne talerze do ich mieszkanka. Zerknąłem na telefon. Kolejny problem. Nie było zasięgu. Gdzieś między jednym, a drugim piwem tłumaczyłem kobiecie:

- Ja Polonia. Amigo z Las Palmas (przyjedzie – pokazałem kierownicę) po mnie tutaj. muszę tylko po niego zadzwonić (Mały palec przy ustach i kciuk przy uchu). No phone (Smutna mina).

- Montanas – powiedziała kobieta wskazując góry.

- Aaaa – odparłem i powiedziałem gestem, (dwoma kroczącymi palcami) że pójdę pieszo aż phone będzie ok.

Kobieta zaproponowała, że może mnie zawieźć do Las Palmas, przynajmniej tak zrozumiałem. Ale odmówiłem najgrzeczniej jak umiałem. Podziękowałem obojgu ze łzami w oczach za posiłek i poprosiłem o podpisy na plecaku. Potem ruszyłem w drogę. Po przejściu ok kilometra postanowiłem opróżnić pęcherz w cieniu góry. Zbliżało się jakieś auto od strony wybrzeża. Uniosłem kciuk. Samochód się zatrzymał, a w środku dwójka moich znajomych z Tasartico. Wsiadłem uradowany do samochodu. Mężczyzna poczęstował mnie półtora litrową butelką wody. Kobieta pozwoliła ją zatrzymać. Podniósł moją torbę chcąc sprawdzić jak jest ciężka i jego mina była pełna podziwu dla mnie. Powiedział coś do małżonki z ta siedząc za kierownicą pokręciła głową. Zawieźli mnie na punkt widokowy, gdzie był wystarczająco dobry zasięg. Widok na dolinę gdzie leżało ich miasteczko z jednej strony, a z drugiej La Aldea de San Nicolas (zdjęcie po lewej).

Moje problemy się skończyły tam tego popołudnia. Z wyjątkiem tych małych kolców z kaktusa. Przy tym punkcie widokowym roszło ich mnóstwo. Zadzwoniłem do Miguela. Powiedział, że załatwi samochód i będzie tam za jakieś dwie lub trzy godziny. Czekałem więc. Czekałem i jadłem. Nie chciało mi się stać pod kaktusami, bo rosły kawałek od drogi i gdyby Young Man, jak nazywałem napa Quintero przyjechał wcześniej, mógłby mnie nie zauważyć. Zrobiłem koszyczek ze swetra i żałowałem tego przez kilkanaście dni. Czując na brzuchu i na torsie małe igiełki. Za to owoce były słodkie. No i nie każdy może się pochwalić, że jadł dzikiego kaktusa :P

Miguel przyjechał po mnie mniej więcej w tym czasie w którym należało się go spodziewać. Narzekał trochę na bolący kręgosłup. Opowiadał, że pewien kretyn zrzucił go ze schodów x lat temu, gdy przyszedł upominać się o wypłatę. Przykre, co ludzi czasem spotyka. Powiedział, że nie dostał ani grosza, a wciąż mimo lat czuje bóle. Szkoda mi go.

Tak więc ruszyliśmy w stronę Las Palmas. Miquel koniecznie chciał mi pokazać złamany „Palce Boży” w Puerto de Las Nieves. Skała, która przypominała swym wyglądem dłoń z wyciągniętym w górę wskazującym palcem. Kilka lat temu podczas okropnego sztormu, palec złamał się i znaczna jego część wpadła do wody. Mieszkańcy Las Nieves są podzieleni, ponieważ część z nich chciałaby, żeby „Palec” wrócił do swego poprzedniego wyglądu, bo tracą turystów. Część uważa, że to znak od Boga i powinno zostać tak, jak jest. Cóż, było zbyt ciemno, bym mógł cokolwiek zobaczyć.

Potem krótkie zakupy w Lidlu i koło 22 dotarliśmy do biedniejszej części Las Palmas – szóstego co do wielkości miasta w Hiszpanii. Noc mieliśmy spędzić u przyjaciela Miguela – Melo. Podejrzliwy człowiek. Mieszkanie w, którym mieszkał Melo wraz z rodziną składało się na sześć pomieszczeń. Trzy duże na parterze i nieco mniejsze na piętrze. W sumie mieszkały tam cztery osoby. Podobało mi się to, jak poznawaliśmy się z Melo i jego rodziną. Cały czas mówili coś po hiszpańsku śmiejąc się z tego, że nic nie rozumiem. Miguel czasami tłumaczył mi pewne kwestie na angielski, ale ważne, że atmosfera była pozytywna. Podobało mi się to, jak siedząc przed domen na schodkach wymyślali przyśpiewki.

- Taki freestyle – mówił Miguel widząc moje zdziwienie.

Po lewej uliczki miedzy domami w Las Palmas. Nie są tak kolorowe jak w folderach, prawda?

Zanim Melo zdecydował się wpuścić nas do mieszkania, ja i Miguel rozmawialiśmy z dziewczyną, której imienia nie pamiętam, ale doskonale wiem jak wyglądała. Mieszkała na piętrze ze swoim chłopakiem. Młoda, troszkę przy kości, proste brązowe włosy do ramion, okulary i duży dekolt. Po tym, jak weszła do domu, a ja i Miguel jedliśmy kolację na tym murku po prawej stronie zdjęcia, powiedział:

- Did you saw her boobs?

- Yes Miguel. I’m a men.

Szkoda, że nie widzieliście powagi z jaką zadał to pytanie. Nigdy nie zapomnę tych jego zabawnych gestów i wręcz śmiesznie poważnego spojrzenia.

Następnego dnia. Miguel i Melo robili zakupy, a ja udałem się na pocztę. Obiecałem wysłać parę pocztówek z Gran Canarii. Miałem drobne trudności ze znalezieniem drogi powrotnej, ale… Koniec końców, zostałem obdarowany całusami, uściskami ręki i pomidorem. Muszę przyznać, że był przepyszny.

Po opuszczeniu Las Palmas udaliśmy się w wycieczkę po wyspie. Miguel stwierdził, że robi to, czego oczekiwałby od niego, ktoś, kto przyjeżdża z daleka. Nie bardzo wiem co miał na myśli. Sądzę, że oprócz dobroci potrzebował towarzystwa. Wspominałem, że mieszkał z mamą? Zastanawiacie się pewnie, dlaczego nie pojechaliśmy prosto do niego tylko spaliśmy u Melo. Cóż… Sam tego nie do końca rozumiem, ale widocznie to jest ta różnica pomiędzy ludźmi którzy naginają zasady, a tymi co nie biorą tego pod uwagę. Uważam, że z szacunku dla matki Miguel nie chciał robić jej niespodzianek i niepotrzebnie denerwować moją obecnością.

Tak więc pierwszym punktem podróży był krater wulkanu Pico de Bandama. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Po jego prawej stronie znajduje się pole golfowe, opowiadał Miguel. Pierwsze w Hiszpanii, na którym grywają gwiazdy Hollywood’u.

Gdy wracaliśmy do auta, na parkingu stała kobieta przy samochodzie. Trzymała dziecko na rękach. Małą niebieskooką dziewczynkę.

- Cześć – powiedział Miguel.

Kobieta się uśmiechnęła.

- Śliczna, prawda? – zapytał.

- Owszem. Taka mała, a tak urocza – odparłem.

- Musisz się wiele nauczyć, mój przyjacielu.

- Nie rozumiem.

- Powiedziałem to do kobiety, ale tak, by nie była tego pewna.

- Sprytne. Bardzo sprytne.

- To tylko doświadczenie i spostrzegawczość.

Panowie i panie, zapamiętać!

Powyżej widok na Las Palmas.

Następnie odwiedziliśmy najwyższy punkt na wyspie. Jedyne miejsce, gdzie zimą spada śnieg. Ale i tak nie zostaje na długo. Los Pechos, czyli piersi. jest to oczywiście nieoficjalna nazwa, która zrodziła się z wielkich kul na dwóch sąsiadujących wzgórzach. Baza wojskowa. Zabawna nazwa, lecz trafna. Po po lewej widok z „Piersi”. Jak sami widzicie, muszą być spore.

Następnym przystankiem było wzgórze Roque Nublo. Chyba najczęściej odwiedzana góra przez turystów. Znajduje się niemal w centrum Gran Canarii. Miguel powiedział, że też jest to wulkan, lecz z kraterem znacznie większym od Pico de Bandama. A i widoki z niego są niepowtarzalne. Po lewej wyrost skalny uformowany dziesiątki milionów lat wcześniej w skutek aktywności wulkanicznej. Nie omieszkał także opowiedzieć mi historii pewnego romansu, który miał finał właśnie na Roque Nublo.

„To się działo dokładnie w tym miejscu” – powiedział.

On miał 20 lat, ona 28. Twierdził, że nie zamierzał niczego robić i to ona na niego weszła. Fakt, mogłem to pominąć w opowieści, ale odrobina pikanterii nie zaszkodzi, prawda?

Muszę przyznać, że do miejsca, w którym robiliśmy zdjęcia. Ja jemu i on mi wchodzi się przytrzymując się skały. Mniej więcej w sposób w jaki na filmach ludzie łażą po parapetach wieżowców. Ten wariat po prawej zrobił to w mgnieniu oka. Ja natomiast bardzo się obawiałem. Lecz strach łatwo pokonać. Trudniej było w drugą stronę. Nagle przypomniał o sobie lęk wysokości. Siedziałem milcząc, aż udało mi się pokonać tę część mnie, która się bała. Wiecie, było tak źle, że wyobrażałem sobie, jak Miguel dzwoni po ratowników, żeby mnie ściągali stamtąd jak zapłakaną dziewczynkę. Uwierzcie, spaść z takiej wysokości byście nie chcieli. Myślę, że to wina pewnego młodego mężczyzny z Norwegii, który pojawił się po drugiej stronie przepaści i dosłownie przeskakiwał nad nią. Nawet Miguel nie mógł na to patrzeć. Chłopak twierdził, że umrze szczęśliwy, bo i tak pójdzie do nieba, więc nie ma czego żałować. Był na tyle uprzejmy dla nas, że oszczędził widoku spadającego w przepaść człowieka. Oj wysoko było. Poznajecie tę wyspę w tle? Tam, daleko na horyzoncie? Tak, to Teneryfa. Piękny widok. Wart ryzyka.

Po tym, jak opuściliśmy Roque Nublo, Miguel chciał zabrać mnie w jeszcze jedno miejsce. Leży ono dokładnie w centrum wyspy i jest miejscem kulty ich rdzennych mieszkańców. Nie pamiętam nazwy niestety. Widok poniżej.

 Zbyt dużo czasu spędziliśmy w drodze. Samochód był wynajęty na 24 godziny, a w chwili robienia tego zdjęcia było gdzieś po piętnastej. Przed nami długa droga. A plan był następujący:

1. Udać się do Las Palmas na Uniwersytet, gdzie mam podać się za studenta architektury.

2. Wydrukować tam kartę pokładową.

3. Mam tam poczekać na Miguela, aż odwiezie mamę na lotnisko.

Wspominałem o tym, że nie powiedział matce o mnie? To mnie troszkę dziwi. Przepraszam Miguel, ale nadal tego nie rozumiem. Nie ważne. Dotarliśmy tam koło 19.00. Obawiałem się, czy Miguel nie będzie miał kłopotów w związku z opóźnieniem zwrotu auta. Wyszło na to, że wszystko było w porządku. Nie zdziwiło mnie to, gdyż wiedziałem, że Hiszpanie mają to do siebie, że nigdzie im się nie spieszy. Tak mówił Mateusz, z którym przejechałem granicę Hiszpanii. Jego słowa potwierdzały się.

Na parkingu uczelni przebrałem się w możliwe czyste ubranie. Spodnie miałem trochę mokre, bo gdy czekałem na Miguela pod Tasartico i otworzyłem torbę, okazało sie, że ubrania są zalane szamponem. Wywiesiłem je wówczas na barierce by trochę przeschły. Grupa rowerzystów zatrzymała się pytając co robię. A ja na to?

- No jak to co? Suszę pranie.

Wybuchnęli śmiechem. Jeden z nich poczęstował się wodą i odjechali. Aha. Zapomniałem dodać, że na skałach poniżej, na tej wielkiej, pionowej niemal ścianie skakały muflony. Takie barany z zaokrąglonymi porożami. Zwróciłem na nie uwagę, bo co pewien czas, w nierównych odstępach słyszałem jakby echo dzwonów. Zauważyłem poruszające się zwierzęta i zrozumiałem, że mają przyczepione dzwonki do szyi. Kolejna ciekawa atrakcja.

Wracając do Uniwersytetu. W razie gdyby ktoś nie uwierzył, że jestem z wymiany z Polski, mam mówić po polsku twierdząc, że nie znam angielskiego. A gdyby mnie wywalili, mam jechać do Melo. Nie było to konieczne, bo zostałem dobrze poinstruowany. Już na parkingu Miguel kazał mi zacząć zachowywać się jak student. Przede wszystkim nie wolno mi było nosić torby na głowie, lecz w ręce. Na szczęście budynek był blisko. Zaprowadził mnie do czytelni. Usiadłem przy komputerze, rozejrzałem się. Było tam kilkoro studentów, ale nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi. I tak przez kolejne osiem godzin. Zastanawiacie się co robiłem przez ten czas? A no oglądałem online mecz Anglia-Polska, a chwilami Szwecja-Niemcy, parę odcinków The Walking Dead i w zasadzie nic innego. Nikt, absolutnie nikt o nic mnie nie pytał. dobrze odegrałem swoją rolę.

Nad ranem, między trzecią, a czwartą przyszedł Miguel i pojechaliśmy do jego rodzinnego Valleseco. Miasteczko w uroczej dolinie, prawda? Miał tam ze trzy koty, z czego jeden z nich był okropnie nieufny. A inne właziły mi na kolana. zjedliśmy pyszną zupę. Nie wiem jak się nazywała i nawet nie wiem co w sobie zawierała. Miguel poczęstował mnie papają, którą jadłem pierwszy raz w życiu. A także serem, który w 2013 roku zajął 3 miejsce w światowym Gran Prix. W 2012 roku był pierwszy. Nie umiem go opisać, ale francuskie, czy włoskie czy jakiekolwiek inne, są niczym w porównaniu z doskonałością sera z Valleseco. Prawie rozpływał się w ustach, a mimo to miał stałą konsystencję. Coś wspaniałego. Po posiłku i prysznicu. Ruszyliśmy na lotnisko. Pożegnaliśmy się godzinę przed odlotem śmiejąc wcześniej z ludzi, którzy jak idioci stoją w kolece do pustych terminali.

I would like to thank you Miguel for everything. Without you this trip wasn’t been worth of thousands words. I Ani Elmrych, bez której dziś mogłoby mnie nie być na świecie. Nie pisałbym tej historii, nikt z Was o niczym by się nie dowiedział. Może usłyszelibyście wzmiankę w wiadomościach o zaginięciu młodego mężczyzny, który pojechał stopem do Hiszpanii. A dzięki ludziom, których spotkałem, szczególnie tej dwójce, żyję i Wy moi drodzy czytelnicy, możecie o tym wszystkim usłyszeć.

Bez obaw, potem dodam więcej zdjęć.