Liga Sprawiedliwości

Liga Sprawiedliwości 2017 – recenzja

 

Jestem świeżo po seansie przedpremierowym i muszę przyznać, że film podobał mi się na tyle, by wystawić mu choćby ten luźny komentarz, ale nie zachwycił aż tak, by chcieć napisać o nim konkretną recenzję. 

Opis filmu każdy zna, więc przejdę od razu do konkretów :)
Pierwsza rzecz jaka mnie zirytowała, to zbędna kompletnie scena z Lois Lane i panią Kent. Po co takie pierdoły skoro widz doskonale wie, że tematy poruszane w tej scenie przez bohaterki były z pewnością poruszane w „międzyczasie(którego nie widzieliśmy na ekranie)” dziesiątki razy. Inna kwestia, że scena była zagrana jak w Ukrytej Prawdzie, tyle, że lepszym sprzętem. do odstrzału.
Druga, to niewłaściwie rozwinięty temat ożywienia Supermana. Drugi zwiastun, może trzeci, dał nam niezłą zagwozdkę. Zastanawialiśmy się, kto pojawił się na końcu zwiastuna w scenie, która tak cholernie intrygowała? I Zgadnijcie co? W wersji Whedona scen z hologramem i Alfredem nie było! Kwestia, na której rozwiązanie czekałem osobiście bardziej niż na rozpierdol w filmie, była rzucona jak resztki obiadu dla psa. Pewnie chodziło o skrócenie czasu trwania filmu o te kilka minut i sceny zostały zamienione na te pseudo pompatyczne pierdoły Klark vs Lois vs pani Kent. Osobiście lubię jak pewne rzeczy są mniej oczywiste niż mogą być.
Antagonista i te całe CGI jest żenująco niedopracowane, aż wstyd. Mówię to z całym przekonaniem, bo to wygląda jak hmmm Beowulf z 2007. 
Fabuła od punktu A do punktu B w jednym rytmie, z kilkoma udanymi żartami sytuacyjnymi Flasha (nie obyło się bez wymuszonych wstawek).
Moim zdaniem Whedon nie powinien dotykać tego filmu, ktoś inny niż Snyder owszem, ale nie Whedon. Za bardzo kojarzy się z przykrą lekkością Avengers. Obniżenie tonu moim zdaniem zawsze jest ciosem dla filmu. Sama postać Flasha wystarczyłaby raczej dla rozbudowania napięcia po „cięższych” scenach.
Świetnym przykładem jest sam początek, w którym dzieciaki kręcą video z Supermanem, a następnie widzimy twarz bezdomnego, któremu życie się nie udało, po czym kamera zjeżdża na tabliczkę, która przy nim stoi z napisem „I tried”. Ta zapowiedź sama zacierała ręce na myśl o kinie superbohaterskim z oryginalną głębią. A niestety, prostackie zapędy spłycania filmu „bo się nie przyjmie” zmarnowały potencjał. Dlatego moja ocena to tylko 6/10, choć powinno być wyżej.
Żal mi jeszcze, że postać Supermana dostała tak niewiele czasu a czarny charakter dostał tak mały wpierdol. Najlepszym przykładem jest „Hulk” z Nortonem (pomijając kwestie techniczne). Bójka trwała długo i przyjemnie cieszyła oko aż się biło brawo krzycząc „Wincyj! Wincyj!”. A teraz takiego mordobicia nie ma. Dlatego takie filmy nie satysfakcjonują podczas gdy czekasz dwie godziny lub dłużej na dobrą rozwałkę. Dostajesz pojedynek „Pudzian vs Najman” i musisz iść do domu.

Aktorsko jest dość przekonujący, chociaż liczyłem na Afflecka. Podobał mi się w BVS, zaś tutaj była mało wyrazisty. Najgorzej wypadł Henry Cavill, którego „powrót” powinien być na pełnej kurwie, z rozpierdolem połowy miasta. Bo tak naprawdę 5 bohaterów staje przed nim i tak naprawdę nie wiemy jakie są ich motywy. Mało dramatyzmu. 

Gal Gadot na poziomie, Ray Fisher całkiem zgrabnie w CGI, Mamoa… hmmm miał swoje momenty. Ezra Miller w stroju Flasha robił genialne miny. Mordka sama się śmiała. Panie Kent mogłaby nie istnieć w tym filmie i nikt absolutnie by nie płakał. Aktorsko słaba. Albo scenariusz kiepsko napisany pod postać. Czasem aktor nie jest w stanie wyciągnąć głębi na podstawie płytkości historii. A szczególnie, gdy nie wierzy, że dana scena ma rację bytu.

Amy Adams, to dla mnie kiepski wybór castingowy już z „Man of Steel”. Irytuje okrągłą buźką i niezbyt ostrymi rysami twarzy. A może po prostu nie lubię rudych i piegowatych? A może nie pasuje do Cavilla? 

W każdym razie ze zniecierpliwieniem czekam i cholernie liczę na to, że na DVD ukaże się wersja reżyserska w wizji Snydera. I czas trwania będzie dłuższy. Sorry, ale 100 minut z hakiem to jakieś nieporozumienie. 2,5h byłoby świetnym rozwiązaniem. Kurcze, w końcu mamy właściwie 3-4 nowych bohaterów, plus antagonista. Można by rozwinąć to lepiej, dodać smaczku, fajnego wątku, który skonkretyzowałby fabułę jak to było w przypadki Directors Cut BVS. Dostaliśmy na DVD zupełnie inny film, w którym każdy scena prowadziła do logicznych konsekwencji kolejnej. I tak powinno być. Tutaj wszystko było proste i nie zmuszała do wysiłku umysłowego. Chyba, że ktoś zastanawiał się przez 1,5 h co zrobić na późną kolację. Generalnie jestem zadowolony, że film powstał w końcu i w zasadzie można go śmiało polecić, bo nie odstrasza w żadnym wypadku i nie jest to marnowanie czasu. Jako rozrywka sprawuje się cudnie, zaś to tyle. Niestety. 

Sądzę, że Snyder zrobiłby coś ciekawszego. A tak mamy Avengers ale z innymi bohaterami.

Plusem była ostatnia scena, z udziałem Luthora i Deathstroke’a. Aż nie mogę się doczekać, by zobaczyć Lexa w wielkim zielonym kostiumie :D

 

Pozdrawiam i do poczytania przy najbliższej okazji ;)