Zielony Zajazd cz. I.

Przedostali się do leśnej ścieżki, którą podążali w kierunku wyjścia z lasu.

 

- Zdążymy przed zachodem? – zapytał niższy, krótkowłosy brunet.

- Zgodnie z planem – zapewnił go towarzysz.

                Gdy dotarli do asfaltowej drogi, słońce kryło się już za horyzontem.

Auto stało zaparkowane po drugiej stronie ulicy. Chwilę po tym, gdy długowłosy zapalił silnik do ich uszu dotarł niesamowicie głośny, przeszywający wrzask wściekłości, od którego jeżyły się włosy na karku.

- Co za jebana kurwa! – warknął długowłosy gwałtownie dociskając do podłogi pedał gazu.

                Czerwony Mustang Shelby GT500 ruszył z potężnym rykiem. Kazik siedzący za kierownicą uspokoił się nieco na dźwięk silnika, który przynajmniej na chwilę zagłuszył okropne odgłosy dobiegające z lasu.  Auto ostrym szarpnięciem ruszyło do przodu.

- Co z tą pizdą jest nie tak, Grabarz? – zapytał długowłosy.

- Nie wiem stary i mam to gdzieś – odparł niemal obojętnie niższy. – To już nie nasza działka. Niech się dziwka plącze po lesie. Do rana powinno być po niej. Mamy jej oczy?

                Kazik postukał w metalowe pudełko wciśnięte między przednie siedzenia.

- I git. Zrobiliśmy swoje, więc wyluzuj trochę. Nie ma się czym przejmować.

- A jeśli szmata przetrwa do jutra?

- To nie nasz problem człowieku. W umowie były oczy, które mamy, a to oznacza, że nic więcej nas nie musi obchodzić, jasne?

- Jeszcze mamy to dostarczyć, zapomniałeś?

- Chcesz tam od razu jechać? – zapytał Grabarz po chwili zastanowienia.

- Sam nie wiem. Kurwa! – krzyknął Kazik, zaciskając mocno dłonie na kierownicy, gdy zobaczył jak krople rozbijają się na przedniej szybie – Jeszcze ten pierdolony deszcz!

- Zastanawiające – mruknął Grabarz – Jeszcze przed zmierzchem niebo było czyste.

- Nie wiem co tamci na górze znowu odpierdalają, ale ani ja ani Ty nie będziemy brać w tym udziału!

- Dobrze, już dobrze. Nie ma co się denerwować. Dokończymy zadanie i zawijamy się na Kanary.

                Niższy z mężczyzn położył przyjacielowi dłoń na ramieniu i tamten natychmiast uspokoił oddech.

- Chyba lepiej będzie, jeśli przeczekamy gdzieś tę ulewę – zaoponował Kazik – To jest piękne auto i nie chcę, by skończyło w rowie.

- Jasne stary. Ja też mam ochotę na odrobinę luzu. Z resztą lepiej będzie jak zjedziemy z głównej drogi na parę minut. Psy mogą zacząć węszyć.

- To niech zaczną w lesie! – zawołał Kazik, wyraźnie zadowolony z dobrze wykonanej roboty.

                Kilkanaście kilometrów dalej Grabarz zauważył jasno oświetlony bar o interesującej nazwie „Zielony Zajazd”. Gdy wysiedli z samochodu i Kazik dokładnie sprawdzał, czy wszystkie drzwi są dobrze zamknięte, Grabarz zastanawiał się, czy pod tą nazwą kryje się coś więcej niż tylko kolor ścian i neonu.

                Po tym jak młodzi mężczyźni weszli do lokalu, kilkanaście par oczu niemal równocześnie skierowało ku nim swe pełne strachu spojrzenia. Goście na moment przerwali swe rozmowy, zaskoczeni pojawieniem się obcych by po chwili powrócić do rozmów. Zupełnie jakby ci dwaj wpadli do środka z karabinami w rękach i po wystrzeleniu serii w sufit krzyczeli, że to jest napad, a po tym Prima Aprilis.  

                Grabarz i Kazik obojętni na tę reakcję ruszyli w kierunku lady. Zamówili po dwie porcje frytek i coli. Kazik puścił oko do młodej kelnerki. Była tak zauroczona spojrzeniem faceta, który wyglądem przypominał Kurta Cobaina ale o ciemnych włosach, że Grabarz potem przysięgał, iż słyszał jak jej majtki upadają na podłogę.

                Po godzinie pobytu w „Zielonym Zajeździe” Grabarz czuł się wyśmienicie. Odetchnął głęboko i poczuł nowy, równocześnie znajomy zapach. Gdy zamierzał podzielić się swym spostrzeżeniem z przyjacielem, podszedł do nich szef zajazdu i poprosił grzecznie na zaplecze. Ku radości i wielkim zdziwieniu którego nie śmieli ukrywać, właściciel poczęstował ich solidną porcją marychy.

- I stąd nazwa „Zielony Zajazd”? – zapytał Grabarz, krztusząc się przy tym.

- Och nie, mój nowy najlepszy przyjacielu – rzekł szef, grubszy niewysoki mężczyzna o przyjaznej twarzy i bystrym spojrzeniu – Mogę Cię tak nazywać?

- Każdy, kto częstuje mnie i Kazika dobrym zielskiem może mnie nazywać najlepszym przyjacielem. A Ty, mój nowy najlepszy przyjacielu, jesteś pierwszym, który to robi – odpowiedział Grabarze klepiąc Szefa po ramieniu.

- Aż żal, że musimy się rozstać – powiedział ze szczerym smutkiem Kazik, uważając przy tym, by nie wypuścić zbyt szybko powietrza z płuc. A i tak zakrztusił się tak, że łzy pociekły mu po policzkach, gdy poczuł ukłucie w przełyku.

- Zajebisty towar Szefie – powiedział Grabarz.

- Macie cholerne szczęście panowie, że nie natrafiliście na żadnego Szperacza po drodze. Skurwysyny kręcą się po lasach. Przez tych gnojów tracę klientów. Mówię wam moim nowi najlepsi przyjaciele. Dla mnie to prawdziwe utrapienie, a gmina nic z tym nie robi. Dziady mordują mi nowych klientów udając panny młode. Kładą się na drodze rozumiesz i gdy ktoś zatrzymuje się, by sprawdzić co się stało, pach! Głowa ucięta! – żalił się Szef.

- Bez obaw Szefie – powiedział Kazik przekazując szkło Grabarzowi – Moja czerwona bestia pochłonęła ze dwa takie, gdy zmierzaliśmy w tym kierunku. Potrafimy sobie z nimi radzić.

                Poprzedniego wieczoru, nie pamiętał gdzie dokładnie, przejechali śliczną panienkę, która leżała w poprzek drogi w pięknej białej sukni. Jej głowa uległa biodegradacji. Tak Kazik nazywał miażdżenie czaszki, któremu towarzyszy ogólna destrukcja mózgowia i dynamiczne rozprzestrzenianie się tkanki w miejscu zdarzenia. Parę km dalej, wzruszywszy ramionami wymienili z Grabarzem porozumiewawcze spojrzenia i przegazował na ciele stworzenia, którego szczątki musiał potem zdrapywać z zawieszenia.

- Nie rozumiem jaki kretyn nabrałby się na taki posny numer. Po zmroku, w środku puszczy, leży panna młoda na środku ulicy. Kurwa nie wierzę! To na pewno nie jest pułapka! Sprawdzę, na pewno coś jej się stało! Miała wypadek! Potrzebuje pomocy! Co za debilizm. I tacy wybierali Premiera. – podsumował Kazik nie kryjąc zdenerwowania.

- Kraj od lat chyli się ku upadkowi – powiedział Szef spoglądając uważnie na twarze nowych przyjaciół – Odkąd pamiętam, rząd wyprzedaje po cichu majątek państwa, a Premier robi maślane oczy do ogłupionego narodu.

- Ludzie to tępaki po prostu – stwierdził Kazik – Najbardziej mnie wkurwia to, że większość z nich tak, jak pan Szefie, bez urazy, tylko gada jak jest źle, a nic nie robi.

                Grabarz zaniepokoił się nieprzychylną opinia przyjaciela na temat Szefa, który ku jego zaskoczeniu pozostał niewzruszony i niczym mędrzec począł wyjaśniać powody, dla których jego zdaniem tak właśnie jest.

- Wam młodym łatwo nas osądzać, zwłaszcza, gdy nie odczuwacie na własnej skórze trudności istnienia szarego obywatela. Wiesz, masz rację, ale bierzesz pod uwagę tylko jedną z możliwości. Patrzysz na podobnych mi nie jak na jednostki, ale na masę ludzi. Chciałbyś, by tysiące wyszło na ulice, by wykrzykiwali dumne hasła i najlepiej przy tym obrzucali koktajlami Mołotowa budynki administracji.

                Kaził z uśmiechem pokiwał głową na myśl o tej wspaniałej wizji.

- Widzisz, nas są tysiące, ale porozrzucani po kraju, musimy rozwiązywać tysiące własnych problemów. Każdy z nas ma dziesiątki własnych powodów, dla których myśli tak, jak Ty, ale o wiele więcej i o wiele ważniejsze, by pohamować złość jaka w nas kipi. Mamy domy, które mogą nam zburzyć, prace, które można odebrać , czy prawo, które można zwrócić przeciwko nam.

                Kazik nieco posmutniał słuchając ze zrozumieniem słów człowieka, do którego nabrał właśnie szacunku. Niemal tak wielkiego, jak do Grabarza.

- Mamy nie tylko rzeczy, które można nam zabrać, ale także ludzi, których nie chcemy stracić. Rodzina, przyjaciele. Widzieliście moją córkę? Tę ślicznotkę, która podała wam skromną, ale smaczną kolację? Ja muszę zadbać o jej dom, o jej przyszłość. My rodzice, mężowie i żony, nie możemy być egoistami. Chcielibyśmy coś poprawić, ale dobro najbliższych jest nam bliższe niż nasze własne i ważniejsze niż ten pieprzony kraj.

- Już rozumiem co Szef ma na myśli – oznajmił Kazik – Przepraszam, że tak na Szefa naskoczyłem. Dał mi Szef ważną lekcję, którą zrozumiałem i której nie zapomnę. Tylko tacy jak ja i Grabarz możemy sobie pozwolić na ryzyko. Domyślam się, dlaczego tak bardzo unikacie z nami kontaktu.

- Bo ściany mają uszy mój nowy najlepszy przyjacielu – powiedział Szef – Ale tutaj, jesteśmy bezpieczni.  

- Nie tylko ściany potrafią słuchać – wtrącił się Grabarz – Spójrzcie tam!

                Wskazał palcem na ciemny zakamarek, z którego patrzyła na nich para czerwonych oczu.



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>