Zielony Zajazd cz. II

- Rybus! Chodź przywitaj się z panami! – zawołał szef.

Na dźwięk swego imienia stworzenie, które łypało czerwonymi ślepiami zza ciemnego zakamarka, podbiegło do szefa, który przykucnął i wziął je na ręce. Kudłaty stwór, którego tułów był jednocześnie głową, przypominał spłaszczony łeb lwa na dwóch, skróconych jakby strusich nogach. Mruczał, gdy wsłuchiwał się w bicie serca Szefa.

- To mój syn – powiedział głaszcząc grzywę Rybusa. Kazik i Grabarz wybałuszyli oczy. – Tak, moi drodzy najlepsi przyjaciele. To moje dziecko. Jednak nie ja jestem jego biologicznym ojcem.

                Jeszcze przed niespełna sekundą goście „Zielonego Zajazdu” byli w szoku, ale to co usłyszeli chwile potem całkowicie zbiło ich z tropu.

- Moja była małżonka puściła się z jednym z tych kolesi, którzy przyszli z drugiej strony. Tacy, jak Ty.

                Rzucił porozumiewawcze spojrzenie w stronę Kazika, który tempo gapił się przed siebie, nie zdołał zorientować się, że Szef wiedział kim są a mimo to nie próbował ich od razu zastrzelić. Grabarz natomiast słuchał uważnie, rejestrując każdy szczegół. Zastanawiał się, czy Szef przypadkiem czegoś nie ukrywa, ale uznał, że nie lub robi to bardzo dobrze. Poza tym takie przypadki w okresie po tym, jak Amerykańcy otworzyli u nas Barierę, były codziennością. To tłumaczyło zainteresowanie kobietami osobą Kazika, który starannie ukrywał swą inteligencję przed światem.

                Zaczynam podejrzewać, że z autem mogło się coś stać, więc odwrócił się by rzucić oko na parking. Mustang był dobrze widoczny i wszystko wskazywało na to, że jest w tak samo dobrym stanie w jakim zostawili go przed niespełna dwiema godzinami.

- Ale zajebisty! – powiedział Kazik wysuwając dłoń. Chciał pogłaskać niesamowite dzieło matki natury, lecz cofnął dłoń, gdy spod długiej sierści wyłonił się pyszczek pełen małych, lecz ostrych zębów rosnących rzędami wzdłuż obu szczęk.

- Lepiej uważaj Przybyszu, bo spotka Cię to samo, co jego ojca i matkę. – ostrzegł Szef. – Rybus jest szalenie niebezpieczny. Nie akceptuje obcych. Nie mógłbym go nawet powstrzymać, gdyby zaatakował. Słucha tylko mojej córki

- Zaskakujące – oświadczył Grabarz tonem człowieka, który stara się wzrokiem zbadać nieznany obiekt.

- Tak, jest niezwykły.

                Kazik już zamierzał zapytać czym go karmią, lecz Grabarz oznajmił, że czas wracać. Spojrzał na Szefa, lecz ten nie okazał najmniejszego zdenerwowania. Zachowywał się naturalnie. Uśmiechnął się i pozdrowił nowych najlepszych przyjaciół, po czym wrócił do przygotowywania posiłków. Jego córka dawała sobie z tym radę sama, głównie obsługując bar i podając alkohol. Mało kto życzył sobie coś na ząb. A jeśli już, to wszystko można było podgrzać i podać jako gotowe do jedzenia. Szef, którego kondycja pozostawiała wiele do życzenia, mógł dzięki temu odpocząć nieco od pracy fizycznej.

- Mam wrażenie, że Szef za bardzo się spalił – oznajmił Kazik gdy ponownie znaleźli się na drodze.

- Czyżbyś stracił trafność sądu? Pewne mechanizmy działają i działać będą zawsze.

- Słyszałem mnóstwo pokręconych historii, ale z tym futrzakiem to już gruba przesada – westchnął Kazik i postanowił skupić się na jeździe, pozostawiając gdzieś w oddali nieprzyjemne myśli.

- Wiesz – odezwał się Grabarz patrząc na białe pasy na drodze – chłopaki mówili, że ostatnio dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy. Szperaczy jest coraz więcej i co gorsza zbierają się w niewielkie jak na razie gromady. Do tej pory spotykaliśmy tylko pojedyncze okazy. Ta suka z lasu powinna być martwa, a jakimś sposobem udało jej się przeżyć. Podobno nawet Ci na górze nie wiedzą co się święci.

- Jasne kurwa! Nigdy nie ma winnych. Przecież tu chodzi o ludzi do jasnej cholery! Chociaż z drugiej strony lepiej będzie, gdy część wymrze. Mniej Żydów i Cyganów to czystsze powietrze. Ale to nie zmienia faktu, że to dotknie wkrótce każdego i nie będzie gdzie spierdolić! A Ty człowieku gwałć i morduj dla zachcianki!

- Kto karze Ci gwałcić? – zdziwił się Grabarz i spojrzał w stronę kierowcy.

- Żartuję człowieku! Ale żeś głupią minę zrobił! Cha!

- Lepiej Ci?

- A i owszem – odparł rozluźniony.

                To był jego sposób na stłumienie głosów, które przebijały się do jego umysłu z głębi podświadomości.

- Jak ktoś taki jak my możemy pracować dla takiego kretyna? – zastanawiał się Kazik.

- Do czasu – odpowiedział w myślach Grabarz. – Obiecuję Ci.

                Kazik nie dostrzegł uśmiech na twarzy partnera. Uśmiechu, który oznaczaj zdeterminowanie do osiągnięcia określonego celu, o którym nikt się nie dowie do ostatniego momentu. Uśmiech szaleńca.

- Wiesz co mi chodzi po głowie? – zapytał nieco retorycznie długowłosy.

- Gdybym znał rozwiązania podobnych zagadek, to ludzie tacy, jak Stary pracowaliby dla mnie. I to za darmo!

- Obaj wiemy, że lubisz pieprzyć głupoty,  tym razem brzmisz prawie jak mój ulubiony premier! Słuchaj, nie jestem kretynem i Ty takiego ze mnie nie rób. Nie pracujemy ze sobą długo, ale nie trudno się domyśleć, że takich jak my nie dobiera się na odpierdol. Jesteśmy niemal jak bliźniacy stary. Nie udawaj przede mną cwanego gogusia.

- Wiem o tym towarzyszu Kazik – odparł Grabarz ignorując w typowo dla siebie lekki sposób uwagę kolegi na temat jego osoby. – Nie zapominaj o tym, co mówił na temat ostrożności nasz nowy najlepszy przyjaciel. To samo dotyczy Ciebie i mnie. Jest niewyobrażalnie wielka różnica miedzy tym, co Stary o nas wie, a tym, czego się domyśla. Jest też cos, o czym nie może wiedzieć. Dlatego o pewnych sprawach nie możemy głośno gadać.

- Mówisz tak, jakby od tego zależało Twoje lub czyjeś życie. Ja wiem, że tak trzeba, ale narażamy nasze własne życia każdego dnia.

- Rzecz w tym, byśmy mogli robić to jeszcze przez jakiś czas.

- Acha.

- Lepiej powiedz mi, po co mamy jechać do Ciebie.

- Chcę wiedzieć, co grubas trzyma na strychu tuż nad moją głową. To nie daje mi spokoju i zaburza sen.

- Żartujesz sobie? Mamy jechać pół kraju tylko dlatego, bo mister Kazik boi się otworzyć tajemnicze drzwi. – Kazik spojrzał na kumpla jak na kogoś, kto prosi się o soczysty cios pięścią w twarz.

- Zrobimy to, ale najpierw odwiedzimy Starego. Domyślasz się po co mu te oczy? – zapytał Grabarz.

- On jest surrealistą stary. Pasuje jak ulał do tego popieprzonego świata. Chłopaki mówili, że tworzy jakieś dzieło sztuki z różnych stworzeń czy coś takiego.

- Mówiąc „chłopaki” masz na myśli tego Cezary-Cezary?

- Taa – pokiwał głową Kazik – To jest dopiero pojeb! He He.

- Dobra dobra. Uważaj na tego gnoja. Nie ufam mu.

- Ależ z Ciebie hipokryta człowieku! To, że koleś potrafi ukryć przed Tobą swoje myśli, nie znaczy, że jest konfidentem. Nie znam go dość dobrze, ale to nie jest typ lizusa, który leci z każdą durną pseudo sensacją do Starego.

                Grabarz nie odpowiedział. Patrząc na drogę, zastanawiał się nad słowami towarzysza. Myślał o tym, jak groźne może być mówienie prawdy. Zwłaszcza prawdy niekompletnej, której jest się częścią.

- Nie zastanawia Cię, dlaczego ten koleś akurat Tobie mówi takie rzeczy?

- Wszyscy gramy w tę samą grę. – odparł spokojnie Kazik. – Jednak wciąż nie mogę rozgryźć dlaczego tak mnie lubi. Nie chodzi o to, czy Stary mu kazał. To coś innego. Zapytam go, przy najbliższej okazji. Gość jest spoko. A Ty niczego się nie domyślasz?

- Nie patrz tak na mnie człowieku! Od dawna się nad tym samym zastanawiam (powiedział prawdę). Jak na razie nic nie udało mi się wygrzebać (skłamał). Może zbyt dużo gadasz? (zrzucanie winy, celowe odbieganie od tematu). Bez przerwy gadasz o bzdurach, ale czasem wyrwie Ci się coś, czego nie powinieneś wiedzieć. Uważaj. To moja rada.

- Dziękuję tato, poradzę sobie. Tak przy okazji, nie pomyliłeś drogi? Zdaje się, że nie jedziemy prosto do Willi.

- Spokojnie, już jesteśmy – odparł Grabarz wskazując budynek oświetlony jasnym światłem, ogrodzony potężnym murem.

- Boję się, że coś jest nie tak. Nie wiem czemu. Ostatnio dostajemy podejrzanie dużo zleceń.

- Ja go o to poprosiłem.

- Ty? I co? Tak po prostu się zgodził?

- Oczywiście, że nie kretynie!

- Coś ciebie ugryzło? Kazał sobie obciągnąć, czy co, że tak się wściekasz?

- Ja i Stary rozgrywamy nieco inną partię szachów niż reszta.

- Nie sądzisz, że jako Twój pieprzony partner powinienem o tym wiedzieć?!

- To ciebie nie dotyczy (kłamstwo). Dowiesz się gdy przyjdzie czas.

- „To ciebie nie dotyczy”, „Dowiesz się gdy przyjdzie czas” – przedrzeźniał Kazik.

- Jasne. Zanim wysiądziemy, chcę sprawdzić schowek. Podaj mi proszę klucz jeśli możesz. I zjedź na pobocze.

- Czasami masz naprawdę pedalskie teksty. Masz.

                Kazik sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciągnął płaski kawałek metalu. Grabarz otworzył schowek ukryty między fotelami i jego twarz zbladła. Schowek był pusty.

- Gdzie jest pudełko?! – pytał Grabarz.

- Gruby stary skurwiel cały czas odwracał naszą uwagę. A ta suka, jego córcia sprzątnęła nam towar! Spieprzamy stąd zanim ktoś nas zobaczy!

                Wrzucił bieg, po czym czerwony mustang znów znalazł się na drodze. Kazik zacisnął dłonie na kierownicy, a jego umysł był opanowany przez myśli o zemście. O tej porze na odcinku prowadzącym do Zielonego Zajazdu nie było ruchu, co sprzyjało rozwijaniu większych prędkości. Wyjątkiem był pijany rowerzysta, który środkiem jezdni prowadził swój pojazd. Pozdrowił kierowcę środkowym palcem po tym, powalony podmuchem, podniósł się nie bez problemu. Kazik zauważył go w ostatniej chwili. Nie specjalnie przejąłby się tym, że nie byłoby co z niego zbierać.

- Durny pijaczek – stwierdził.

- Pewnie został zgwałcony przez Szperacza – powiedział obojętnie Grabarz – Był cały w plamach, miał poszarpane kurtkę, podarte spodnie i rany na ciele. Wszystko przez alkohol. Działa na nich jak afrodyzjak.

- Za nic nie chciałbym widzieć tego, co z nim robili. Zapnij pas! – krzyknął widząc w oddali postać leżącą na ulicy. Była ubrana na biało.            

                Koło mustanga przecięło martwe ciało na pół. Dzięki łaskawości światła księżyca, w lusterku wstecznym Kazik dostrzegł jak dwaj Szperacze wyłażą z krzaków i zabierają ze sobą zmasakrowane szczątki.

- Robią się coraz cwańsze – zauważył.

                Uśmiechnął się gdy zobaczył zbliżający się neonowy szyld zajazdu. Po nieco ponad godzinnej brawurowej jeździe, Mustang wjechał na parking i zatrzymał się tuż przy samym wejściu. Każdy, kto potem wybiegał głównymi drzwiami wpadał na maskę wozu. Grabarz wydobył spod swego siedzenia swój ulubiony rewolwer Magnum S&W M500, którego nauka strzelania przyprawiła o zwichnięcie barku. Pobiegł w kierunku drzwi od zaplecza. Kazik wyskoczył z drugiej strony i otworzył bagażnik, z którego wyciągnął swoją ulubioną strzelbę samopowtarzalną Benelli M4 oraz AK-74 rodem z Bułgarii.

                Grabarz nieco szybciej znalazł się wewnątrz budynku, ale to Kazik pierwszy oddał strzał. Nie zauważyli

- Gdzie? – zapytał groźnym tonem kobietę w błękitnym mundurze, którą strach sparaliżował na tyle, że zamiast rewolweru wyciągnęła krótkofalówkę. Siedziała przy samych drzwiach popijając kawę, podczas gdy jej partner korzystał w toalety na zapleczu. M4 rozsadziła jej głowę niczym arbuz. Ciało ciśnięte pod ścianę drgało w pośmiertnych spazmach jeszcze przez kilka sekund. Jedyne, czego zdołała osiągnąć to nacisnąć przycisk krótkofalówki. Dyspozytor słyszał krzyk napastnika a następni ogłuszający huk wystrzałów i krzyki przerażenia.

Kazik przeładował AK-74. Ludzie w panice chowali się pod niewielkimi stolikami lub starali się uciekać tylnym do kuchni. Ktoś próbował wyskoczyć przez okno, lecz zawisł w połowie i potem umierał jęcząc z bólu, gdy szkło wżynało się w jego tułów. Krew spływała po ścianie.

- Powtarzam, „Gdzie”! – krzyknął, po czym wystrzelił serię w kierunku lady rujnując pułki z alkoholami. Butelki eksplodowały, a szkło z brzdękiem odbijało się od ściany. Kolejna seria z karabinu zabiła dwoje ludzi, którzy kierowali się w stronę lady.

                Gdy Kazik przestał na chwilę strzelać, z kuchni dobiegł trzask blaszanych drzwi.

- Co do kurwy?! – krzyknął policjant, który w pośpiechu zapinał spodnie i ruszył w kierunku Sali. upadł w samym wejściu, gdy Magnum Grabarza zrobiło mu dziurę w plecach. Towarzysz Kazika widział, jak kula przyspieszyła nieco pęd policjanta którego ciało sunęło się przez chwilę po śliskiej podłodze.

                Mężczyzna w garniturze, który chował się za swoją teczką, nie widzieć czemu kuląc się przy tym na krześle, wyjęczał przez drżące wargi:

- Za ladą! Ona jest za ladą!

- Wypierdalać! – rozkazał Kazik.

                Nikt jednak nie odważył się wychylić z łudząco bezpiecznej kryjówki. Kolejna seria jaką wystrzelił karabin Kazika tuż nad głowami przerażonych klientów Zielonego Zajazdu, okazała się świetnym lekarstwem na strach. Nawet para staruszków cudownie wyzdrowiała wyprzedzając w wyścigu o życie młodszych gości.

- Jak w pieprzonym tramwaju – mruknął pod nosem Kazik.

                Sala opustoszała. Ostatnie z pchniętych krzeseł upadło na podłogę. Kazik już zaczął zastanawiać się co też porabia jego szanowny kolega, gdy usłyszał płacz dobiegający zza lady. Córka szefa tuliła do siebie Rybusa. Odłożył strzelbę na ladę.

- Zmusił mnie do tego – płakała. – Proszę, nie rób mi krzywdy.  Błagam!

                Wymierzył jej cios w policzek i podniósł za włosy.

- Rybus! Bierz! – krzyknęła.

                Maskotka odbiła się silnymi nogami od podłogi i rzuciła się do gardła napastnika, które w ostatniej chwili, zaskoczony szybkością stwora, osłonił szyję ręką. Upuścił córkę właściciela Zajazdu , która poczołgała się w kierunku wyjścia na zaplecze raniąc kolana i łokcie. Kazik szarpał się ze stworzeniem, które coraz mocniej wbijało setki ostrych zębów w jego przedramię, przebijając się przez skórzaną kurtkę. Mężczyzna zawył w agonii. Począł uderzać ramieniem o ladę, lecz sprawiał sobie tym jeszcze większy ból.

                Gdy dziewczyna wsunęła głowę do następnego pomieszczenia omijając zwłoki policjanta jej twarz zderzyła się ze stopą Grabarza, który jako młody chłopiec uwielbiał grać w piłkę nożną. Upadła na stertę szkła, które wbijały się w jej plecy i pośladki.

- Odwołaj go! – warknął przyciskając lufę Magnum do skroni dziewczyny.

- Tylko nie róbcie mu krzywdy – powiedziała błagalnie, lecz bez przekonania – To tylko dziecko, Rybus, kochanie, chodź do mamusi!

                Stworzenie natychmiast puściło przedramię Kazika, z którego trysnęła krew. Podbiegło do kobiety zgrabnie omijając szkła i tuliło się z ulgą do jej piersi.

- Zastrzelę gnoja! – wrzasnął Kazik, który trzymał się za bolącą kończynę.

- A teraz powiesz nam suko, gdzie jest Twój tatuś! – powiedział Grabarz ignorując swego towarzysza. Skierował lufę pistoletu w stronę futrzastego stwora. – Zrozumiałaś?

- Uciekł tuż przed waszym przyjazdem – mówiła kobieta – Próbowałam go powstrzymać, przekonać, ale on nie chciał słuchać!

- Szmata kłamie! – słusznie zauważył Kazik.

- Cicho bądź – uspokoił go Grabarz – Psy! Zabieramy się stąd! A Ty ślicznotko, zaprowadzisz nas do tatuśka.

                Opuścili parking zielonego zajazdu kilka minut przed tym, jak pierwszy z policjantów zwymiotował na widok masakry jaka rozegrała się całkiem niedawno. W powietrzu unosił się smród alkoholu i świeży zapach śmierci. W sumie pięć ciał zdobiło podłogę zajazdu, jedno tkwiło w oknie przewieszone przez ramę. Policjantkę, której górna połowa tułowia zniknęła na zawsze wraz z głową, rozpoznano po odznace, a także partnerze, z którym pełniła służbę tamtego wieczoru. Zginął nie mniej tragiczną śmiercią postrzelony w plecy. Po dokładnym przeszukaniu Zielonego Zajazdu, jeden z komisarzy natknął się na zamknięte pomieszczenie z napisem CHŁODNIA. Otworzył je, po czym zwymiotował do najbliższej umywalki. Znalazł ciało Szefa, którego głowa trzymała się reszty ciała jedynie na kawałku skóry.

- To nie jest robota ludzi Starego – powiedział koroner badając zmasakrowane zwłoki. – Zginął około godzinę temu. To, co go zabiło, rzuciło się na niego i przegryzło gardło. Widać ślady zębów. Jednak nie należą one do zwyczajnego zwierzęcia. Najwyraźniej ktoś próbował udomowić bestię zza Bariery.

- I komuś się udało – westchnął detektyw, wycierając twarz i krawat z wymiocin. – Tylko Miriam, córka właściciela mogła to zrobić.

- Skąd pan to wie? – zdziwił się koroner przerywając na chwilę pracę.

- Znałem Stathowskiego bardzo dobrze. Zawsze mówił, że odkąd zginęła jego żona, córka odwraca się od niego. Domaga się większości udziału w „Zajeździe”. Chciała ojca wywalić na bruk. Obwiniała go o śmierć matki. Żal mi było faceta. Podejrzewał, że z dzieciakiem jest coś nie tak, ale nie sądziłem, że może być niebezpieczna. 

- Masowy mord i zabójstwo z zimną krwią, co?

- Tak, kurwa. Nienawidzę poniedziałku.

 



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>